niedziela, 11 lutego 2018

Suszone pomidory w sosie i moja pierwsza wycieczka z tureckim biurem podróży

Suszone pomidory w sosie
Witajcie, troszkę źle się wyraziłam w tytule bo nie jest to moja pierwsza wycieczka z tureckim biurem podróży. Zwiedzałam jeszcze inne miejsca, uczestniczyłam w raftingu i nurkowałam ale wszystko to jako turystka z Polski, wczoraj byłam na jednodniowej wycieczce jako tubylec. Nie przyznałam się, że jestem obcokrajowcem a więc przewodnik mówiła tylko i wyłącznie po turecku. Powiecie, a co to za różnica, turysta to turysta, bez różnicy czy obcokrajowiec czy rodak. Wydaje mi się jednak, że różnica jest, cudzoziemca traktuje się jak potencjalnego klienta, którego można oskubać do ostatniego grosza, z tubylcem tak się już nie da. Poza tym standart wycieczek jest wyższy dla obcokrajowców niż dla krajowców. 




Ale do rzeczy. Zacznę od początku. Wycieczkę znalazłam przypadkowo na Facebooku. Koleżanka polubiła wydarzenie a mi się ono wyświetliło. To była jednodniowa wycieczka do Karaburun, Balikliova i Mordogan, szlakiem narcyzów. Nie znałam biura ale co tam, cena wysoka nie była 60 lirów więc zapytałam koleżankę czy miałaby ochotę ze mną pojechać. Zgodziła się więc zrobiłam rezerwację. Opłatę należało uiścić w autobusie. W cenę nie było wliczone nic, prócz przewodnika, przewoźnika, ubezpieczenia i wody którą mogliśmy pić do woli. Autokar był rzeczywiście konfortowy, tak jak zapewniał organizator, kierowca też jak najbardziej na poziomie, pani przewodnik również zabawiała nas i opowiadała od początku do końca wycieczki.

Co mnie bardzo zdziwiło to to, że pomimo brzydkiej bo od rana deszczowej pogody na wycieczkę stawili się wszyscy w komplecie, żadnej osoby nie zabrakło i wszyscy czekali w wyznaczonym czasie i miejscu. Turcy jakich znam przeważnie się spóźniaja a tu proszę na nikogo nie czekaliśmy choć przerw i postojów było sporo. Zadziwił mnie również profil osób bioracych udział w wycieczce. Były to przede wszystkim starsze panie na emeryturze lub gospodynie domowe w starszym wieku, które częęto wyjeżdżają na tego typu wycieczki. Panie bardzo aktywne, podróżujące również za granicę. Wszystkie, a jeśli nie wszystkie to większość prosto od fryzjera a na paznokcjach ciemny rzucajacy się w oczy lakier. Wsiadając do autokaru przywitały mnie gromkim `gunaydin` dzień dobry na co z uśmiechem odpowiedziałam i usiadłam na wyznaczone mi miejsce. Przejeżdżajac przez Izmir przewodnik opowiadała nam o historii mista i miejsc przez, które przejeżdżaliśmy, opowidała również rózne historie o Ataturku, Imperium Osmańskim, Sumeryjczykach itp.

Śniadanie zjedliśmy w przydrożnej piekarni, nie było to typowe śniadanie tureckie bo takie może trwać nawet dwie godziny a raczej zjedzony na szybko simit czy pogaca ze szklaneczką czaju. Ja ze względu na moją dietę, śniadanie zjadłam w domu więc wypiłam jedynie herbate turecką i kawę.





Następnie pojechaliśmy do Balikliova. To malutkie miasteczko nad brzegiem morza, mieszkańcy zajmują się uprawą karczochów, rybactwem i oczywiście hodowlą narcyzów i hiacyntów. Balikliova słynie z ciasteczek un kurabiyesi. Każdy kto tu przyjeżdża kupuje je jako prezent dla rodziny. Ja również przywiozłam kilka sztuk córkom na spróbowanie, stwierdziły, że są smaczne ale nic nadzwyczajnego. Hiacyntów i karczochów nie kupowałam bo po pierwsze bałam się, że kwiaty nie przetrwają podróży a dopiero ją zaczynaliśmy a po drugie ceny były identyczne jak na naszym bazarze w Bornowie. O dziwo nikt nie chciał z nas zedrzeć fortuny ani za kwiaty, czy warzywa ani za ciasteczka. Kilogram ciasteczek kosztował 25lirów.









Kolejny przystanek był w Karaburun. Najpierw zawieziono nas do centrum miasteczka gdzie mogliśmy zrobić zakupy a nastepnie pojechaliśmy do portu gdzie zjedliśmy obiad. Tu również nikt nas nie zaczepiał i nie probował nabić w butelkę. Karaburun słynie z oliwek o nazwie hurma zeytini. Od innych oliwek odróznia je to, że dojrzewają na drzewach czyli nie muszę ich zrywać wczesniej by się nie zepsuły i nie muszę trzymać w zalewie by pozbyć się goryczki. Można je jeść prosto z drzewa. Oliwki sprzedawał przesympatyczny staruszek 20 lirów za kilogram. Nie znałam tych oliwek więc najpierw spróbowałam, były przepyszne, kupiłam 2 kilo. Po zjedzeniu oliwki moją uwagę zwróciła pestka, która była jasnobrązowa. W innych odmianach czarnych oliwek pestka jest ciemnobrązowa lub czarna. Jeśli będziecie mieli okazję spróbować oliwek hurma, zróbcie to koniecznie, są rewelacyjne.





Co do obiadu jaki nam zaserwowano w planach była ryba. Jednak osoby, które nie jedzą ryb mogły wybrać kotleciki kofte lub szaszłyk z kurczaka. Ja oczywiście wybrałam rybę, okonia morskiego. Do ryby serwowano surówkę a jako przystawkę - pure z bobu a na deser pieczoną dynię w syropie do picia mieliśmy podaną wodę. Cena takiego obiadu to 30 lirów. Dla porównania powiem, że za doradę również z grila kupioną w Focy bez przystawki, wody do picia i deseru a jedynie z surówką zapłacilismy 25 lirów.







Najedzeni pojechaliśmy do Bozkoy, wsi, w której hodowane są narcyzy. Niestety przed wycieczką nikt nie poinformował nas, że wszystkie narcyzy zostały już zebrane bo sezon na nie dobiega końca. Wręcz przeciwnie zapewniono, że pojedziemy na plantację tych pięknych kwiatów. Niby wszystko się zgadza bo na plantacji byliśmy ale kwiatów już tam nie było. Jedyne co zastaliśmy to pięknie kwitnące migdałowce i hiacynty.






Ostatni przystanek to Mordogan, malutkie portowe miasteczko , którego mieszkańcy zajmują się rybactwem. Niestety rozpadał się deszcz więc za dużo nie zwiedziliśmy. W porcie wypiliśmy salep i wróciliśmy do autokaru. 
Ogólnie stwierdzam, że wycieczka była bardzo udana, choć mogłabym pojechać w te same miejsca samochodem z rodziną, z pewnością nie trafilibyśmy do wsi gdzie są plantacje narcyzów. Pomimo tego, że kwiatów już nie było, wiem dokąd mam się wybrać za rok na pod koniec stycznia. Dowiedziałam sie również że organizowany jest festiwal narcyzów.

To była moja pierwsza wycieczka ale nie ostatnia, z pewnością wybiorę się na kolejna. Z koleżanka podjęłyśmy decyzję iż do wakacji wybierzemy się wspólnie bez rodzinki jeszcze na dwie wycieczki.




Dzisiejszy wpis jest dość długi, kto dotrwał do końca jako bonus dostanie przepis na przepyszne suszone pomidory. Muszę się pochwalić, że w tym roku przez całą zimę jedliśmy i jemy jedynie sezonowe warzywa i owce. Co roku mieliśmy z tym problem szczególnie podczas śniadania gdyż dzieci prosiły o pomidory i ogórki. W tym roku jesienią zrobiłam różne śniadaniowe dodatki, które z powodzeniem zimą zastępują ogórki i pomidory. Przepisy są na blogu a dzisiaj podam jeszcze jeden.

Pomidorów nie suszę chociaż mogłabym, kto wie być może w tym roku sama wysuszę. Te ze zdjęcia kupiłam na wsi a sos przygotowałam sama z przepisu podanego przez Fitmuhendisce na jej stronie instagramowej.

Suszone pomidory w sosie
  • 250g suszonych pomidorów
  • 2 duże ząbki czosnku
  • łyżeczka oregano / kekik
  • szczypta kuminu
  • szczypta ostrej papryki pulbiber
  • szczypta mięty suszonej
  • łyżeczka czarnuszki
  • łyżka melasy z granata / nar eksisi
  • oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia / sizma zeytinyag
Pomidory zalewamy wrzątkiem i moczymy przez godzinę. odsączamy na sicie i zostawiamy by ostygły i całkowicie wyschły. Kroimy na drobne części. Dodajemy zmiażdżony czosnek, przyprawy i oliwę z oliwek, Mieszamy i przekładamy do pojemnika. Zamykamy i zostawiamy na dwa dni. Po tym czasie gdy pomidory nabiorą smaku i zapachu przypraw sa gotowe do spożycia. Takie pomidory w oliwie możemy przechowywać nawet kilka miesięcy. Jeśli oczywiście dotrwają. Moje pół kilograma zjedliśmy w ciągu prawie miesiąca.

Suszone pomidory w sosie

2 komentarze:

  1. Wiek uczestników takich wycieczek to, wydaje mi się, ich cecha charakterystyczna - po prostu emeryci mają czas na podróżowanie :).
    W ubiegłym roku wybrałyśmy się z koleżanką na kilkudniową wycieczkę po Podkarpaciu, oczywiście byłyśmy najmłodsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietny wpis po którym znowu nie mogę sie docZekać wakacji w Turcji ;-)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...